Tekst: kpt. Robert Smagoń
Wyprodukowanie przez Netflixa miniserialu katastroficznego, którego fabuła zbudowana jest wokół katastrofy z 14 stycznia 1993 r., obudziło powszechne zainteresowanie tematem. Reżyser zupełnie nieźle poradził sobie ze scenami akcji i zgrabnie przeprowadził przez okoliczności posiedzeń Izby Morskiej.
Oczywiście można zauważyć pewne nieścisłości czy uproszczenia, ale pamiętajmy, że jest to produkcja fabularna, a nie dokumentalna. Ogółem efekt jest dobry i warto przeznaczyć kilka godzin na obejrzenie tego serialu. Katastrofa Heweliusza pochłonęła tak dużą liczbę ofiar, że nie ma chyba w Polsce w branży morskiej kogoś nieznającego osieroconej rodziny marynarskiej.
Jak to zwykle bywa przy takich okazjach, pojawiło się mnóstwo opinii, osądów, interpretacji czy przypuszczeń, z których część buduje narrację niesamowitych teorii spiskowych. Nie jest to nic zaskakującego, bo każde zdarzenie, w którym ginie kilkadziesiąt osób w okolicznościach nieoczywistych dla statystycznego zjadacza chleba, nasuwa takie pomysły. Natomiast absolutnie niebezpiecznym jest, kiedy losowi twórcy internetowi w podcaście kwestionują wyposażenie tratw ratunkowych, przy okazji pokazując, że nie tylko nie czytali LSA (zrozumiałe), ale nie słyszeli nawet o SOLAS czy COLREG.
To jest niebezpieczne, bo trzeba pamiętać o sile przekazu nowoczesnych mediów. Opinie takie, powielane przez ludzi chcących zaistnieć medialnie na fali „mody na Heweliusza”, podważają przyjęte procedury i rozwiązania. W minionym tygodniu widziałem nagranie, na którym kierowca ciężarówki próbował dostać się do szalupy ratunkowej na promie, żeby sprawdzić jej wyposażenie. Oczywiście sprzęt ratowniczy i ratunkowy na jednostkach pasażerskich podlega ochronie i nadzorowany jest przez kamery przemysłowe, dzięki czemu natychmiast pojawił się pracownik bezpieczeństwa i przegonił nadgorliwego „śledczego”. W podsumowaniu krótkiego filmiku pojawił się więc przekaz, że na pewno „mają coś do ukrycia i dlatego tak pilnują”. Nie da się tego nazwać pozytywnym skutkiem serialu, podobnie jak nie da się tak nazwać filmiku pani poszukującej kombinezonów ratunkowych dla pasażerów. Przypomnę, że żadna jednostka pasażerska nie jest zobligowana konwencjami do posiadania immersion suitów dla pasażerów, choćby dlatego, że wspomniany kombinezon wymaga ćwiczeń z nakładania i poruszania się w nim, żeby nie zrobić sobie krzywdy i żeby zadziałał zgodnie z założeniami. Morski kombinezon ratunkowy jest czasem w wyposażeniu pasażerskim, ale wynika to z osobnych przepisów lokalnych bądź woli armatora.
Całość tekstu znajdziecie w Morzu 4/2025