Bałtyk wojna hybrydowa

Na Bałtyku niezbyt spokojnie

Tekst: por. kmdr rez. Grzegorz Kolański

Tytułem (rozbudowanego) wstępu 

Morze Bałtyckie i Morze Czarne charakteryzują się kilkoma podobieństwami, przynajmniej pod względem geopolitycznym i operacyjnym. Oba akweny należą do mórz przybrzeżnych, do których dostęp możliwy jest poprzez strefę cieśnin, pozostających pod kontrolą NATO. Oba morza są też akwenami , na których może dojść do potencjalnego starcia pomiędzy siłami NATO i Federacji Rosyjskiej (FR). Obecnie zasadniczą różnicą jest fakt, że na Morzu Czarnym prowadzona jest wojna, a na Bałtyku nie. Ale… czy na pewno nie? Brak doniesień o zatopionych okrętach i statkach, ostrzałach, bombardowaniach i utrudnieniach w żegludze obecnie wcale nie świadczy o pokoju i bezpieczeństwie. Może jednak Bałtyk jest teatrem działań wojennych, z tym tylko, że działania te toczą się cicho, pod przykryciem medialnego szumu i zwodniczych narracji oraz pod osłoną toni morskiej?

W morskiej historii wojskowości Bałtyk nie zaznaczył się starciami na miarę bitwy pod Lepanto lub Trafalgarem, czy też bitwy jutlandzkiej. Nie był też świadkiem powietrzno-morskich starć zespołów zadaniowych złożonych z lotniskowców i okrętów liniowych. Walki na Bałtyku toczyły się może mniej widowiskowo i często bardziej w środowisku podwodnym niż nawodnym. Ale były równie krwawe, o czym świadczą zalegające bałtyckie dno statki z tysiącami ofiar. I może nawet bardziej dramatyczne, bo niebezpieczeństwo czaiło się skrycie w głębinach w postaci okrętów podwodnych lub min.

Również obecnie niebezpieczeństwo czai się w toni wodnej Bałtyku. Nie jest to jednak okręt podwodny ze śmiercionośnymi torpedami lub zerwana z kotwicy mina morska. Żyjemy w czasach pokoju (przynajmniej oficjalnie) lub też prawie-pokoju (bardziej realnie patrząc) i współczesne zagrożenia są mniej zabójcze, ale za to mogą dotknąć wszystkich mieszkańców kraju lub regionu. Chcąc zaszkodzić całemu państwu nie trzeba obecnie prowadzić z nim otwartej wojny, rozumianej jako konflikt zbrojny. Wystarczy zastosować przeciwko niemu szereg działań, zwanych działaniami poniżej progu wojny. W wypowiedziach polityków i artykułach medialnych działania te określane są także jako hybrydowe (i można dyskutować, czy jest to właściwe określenie i użyte we właściwym kontekście). Celem tych działań nie są obiekty wojskowe, ale mechanizmy i aspekty regulujące codzienne funkcjonowanie państwa i wpływające na życie jego obywateli. Kilka z tych aspektów naszego codziennego życia związanych jest ściśle z morzem, a dokładniej mówiąc z położoną na jego dnie infrastrukturą. Do infrastruktury tej zaliczają się: kable przesyłające energię elektryczną, rurociągi transportujące surowce energetyczne oraz łącza telekomunikacyjne. I właśnie te ostatnie stały się bohaterami ostatnich incydentów na Morzu Bałtyckim. Ale nie tylko. Nie tylko one i nie tylko tam.

Trochę historii i danych

Pierwsze transatlantyckie łącze przewodowe zafunkcjonowało w 1858 r. Według dzisiejszych standardów jego szybkość przesyłu danych była zatrważająco niska, ponieważ transmisja jednego znaku alfabetu Morse’a trwała około 2 minut. W połowie XIX wieku była to jednak rewolucja, która zapoczątkowała szybki rozwój międzykontynentalnej łączności. Kilka lat później przekazywano informacje z szybkością 6–8 znaków na minutę, a pod koniec wieku z szybkością już 40 słów na minutę. Niemal sto lat później podwodne łącza telekomunikacyjne przesyłały kilkaset megabitów na sekundę, a na początku XXI wieku wartość ta wynosiła już kilkaset terabitów na sekundę. 

Dzięki podwodnym łączom telekomunikacyjnym możliwa stała się globalna rewolucja informacyjna i informatyczna. A nasze życie zmienia się w (zastraszającym) tempie, o którym nasi przodkowie nawet nie myśleli. Według dostępnych szacunków podmorskimi kablami przesyłane jest od 95% do nawet 99% (w zależności od źródła danych) światowego transferu danych. Poprzez podmorskie kable codziennie dokonywane są przelewy finansowe o wartości około 10 bilionów dolarów USA. Kable umożliwiają nie tylko transmisję rozmów telefonicznych, ale zabezpieczają także funkcjonowanie urządzeń towarzyszących nam w naszej codzienności współczesnego człowieka. To od podwodnych łączy zależna jest w dużej mierze globalna sieć połączeń internetowych, umożliwiająca aktualizacje oprogramowania i dostęp do baz danych. Dotyczy to także, a może przede wszystkim – smartfonów, które wykorzystują funkcję łączności bezprzewodowej tylko i wyłącznie w zasięgu najbliższej stacji bazowej telefonii komórkowej.

Podmorskie kable telekomunikacyjne odgrywały i odgrywają istotną rolę w działaniach wojennych. Już w XIX wieku doceniono ważność podmorskich kabli jako celu działań wojskowych. W 1885 r. (wojna krymska) rosyjska Flota Morza Czarnego miała przygotowane plany przecięcia połączenia kablowego pomiędzy Gibraltarem i Aleksandrią. W 1914 r. podwodne kable łączące Niemcy z ich koloniami i innymi państwami zostały przerwane już kilka godzin po wypowiedzeniu im wojny przez Wielką Brytanię. W 1917 r. brak niemieckich, niezależnych kanałów łączności zaowocował tzw. aferą z telegramem Zimmermana. Podmorskie kable można nie tylko przecinać, ale także i wykorzystać do zdobywania informacji o przeciwniku. Najbardziej znanym przykładem tego typu działań wywiadowczych jest amerykańska operacja Ivy Bell z okresu zimnej wojny. 

Całość tekstu znajdziecie w wiosennym numerze Morza (1/2025).

Do kupienia tutaj.

Tagged , , , , , , ,