Tekst kpt. ż. w. Adrian Pozarzycki
– Czy ktoś coś wie o porcie Kenitra? Pytanie to krążyło wśród załogi m/s Starachowice i pozostawało bez odpowiedzi. Wszyscy znali różne porty marokańskie, ale do tego nikt dotąd nie zawinął. Telegram od armatora, kierujący statek do Kenitry (nazwa arabska Al Kunajtira) był dużym zaskoczeniem.
Od czego jednak locja i mapa. Rzut okiem i stało się jasne, że jest to miasto leżące na północny wschód od Rabatu, otoczone rzeką Subu (Oued Sebou), drugą co do wielkości w Maroku, uchodzącą do Atlantyku.
Mapa podejściowa ukazywała pokręcony bieg prowadzącej do portu rzeki, której kształt jest bardzo zbliżony do wyglądu ostatniej, dużej litery alfabetu greckiego „Ω”. Lewa podstawa „omegi” to szerokie, wygodne ujście rzeki do oceanu, z obszernym kotwicowiskiem, a prawą stanowią portowe nabrzeża Kenitry. Dojście do nabrzeży wymaga pokonania dwóch kąśliwych 90-stopniowych zakrętów.
Pilota wzięto przed główkami falochronów chroniących wejście na rzekę Subu.
– To zamglenie, które teraz mamy, może za chwilę zamienić się w gęstą mgłę – poinformował pilot. Ale mgła podnosi się zwykle koło południa.
Rzeczywiście, po kwadransie, zgodnie z zapowiedzią pilota, pasma mgły zamieniły się w mleczną ścianę, ledwo było widać dziób statku, znikły brzegi rzeki.
– Możemy rzucić kotwicę i poczekać na lepszą widzialność albo płynąć na radarze, który, jak widzę, jest dobry – zwrócił się pilot do kapitana. Decyzja należy do pana – stajemy czy płyniemy? Dla marynarza naturalna jest chęć jak najszybszego znalezienia się w porcie i bezpiecznego zacumowania przy kei.
– Płyniemy – zdecydował kapitan.
Już za godzinę miał żałować tej pochopnej, jak się okazało, decyzji.
Ostry, pod kątem 90°, zakręt rzeki noszący nazwę „Gouled Bergel” cieszy się złą sławą. Prąd rzeki, wzmocniony przez pływy, powoduje, że pokonanie go nie należy do łatwych. Źle określony moment wyłożenia steru na burtę, błędnie dobrana szybkość statku, brak możliwości wizualnej oceny prędkości biegu wód rzeki, to czynniki mogące wpłynąć na to, czy zakręt uda się gładko pokonać. Nie wiadomo co zdecydowało w tym przypadku (na mostku nie było drugiego radaru – kapitan nie mógł obserwować efektów komend pilota), w każdym razie, w pewnym momencie statek został zepchnięty przez silny prąd odpływowy na lewą stronę rynny toru wodnego (licząc od wejścia) i oparł się lewą burtą o dno, które go całkowicie zastopowało. Nie pomogły gorączkowe manewry sterem i maszyną. Statek stał jak przyklejony.
Zdenerwowany pilot wygłosił emocjonalną tyradę w rodzimym języku, prezentując obecnym na mostku długą wiązankę, sądząc z soczystej intonacji, arabskich przekleństw. Po chwili, już opanowany, zwrócił się do kapitana:
– Bardzo mi przykro ale żeby się ruszyć musimy poczekać na wysoką wodę. Na tym diabelskim zakręcie zdarza się dość często, że statki schodzą z osi głównego nurtu i osiadają na dnie. Nie jest to w żadnym stopniu niebezpieczne, bo głębokość toru zmienia się łagodnie a gruba warstwa mułu zapobiega uszkodzeniom kadłuba. Proszę się nie martwić, panie kapitanie, poczekamy 11 godzin i zejdziemy o własnych siłach. Już nie raz siedziałem tu statkiem na mieliźnie, tak jak dzisiaj, i wszystko kończyło się dobrze.
– Obyś miał rację – pomyślał kapitan, oczami duszy widząc gorszą sytuację, kiedy jednak trzeba będzie wezwać holowniki. Polecił oficerowi, aby zapisy do dziennika okrętowego na razie prowadzić w brudnopisie.
Całość tekstu znajdziecie w Morzu 4/2025